Większość ludzi używa AI do pisania maili. Ja zbudowałem sobie agenta, który planuje moje rodzinne wakacje.
Brzmi jak fanaberia – i właśnie dlatego o tym piszę. Bo to najlepszy przykład, jaki znam, na rzecz, której prawie nikt nie mówi na głos: agent AI to nie kolejny chatbot do kupienia. To pracownik, którego sam kształtujesz pod to, co robisz w kółko. A skoro tak, to równie dobrze może to być coś tak prywatnego jak ułożenie wyjazdu nad morze.
Mój agent nazywa się /podroz. Złożyłem go w wolny wieczór i ustawiłem dokładnie pod siebie: ma kopać głębiej niż pierwsza strona Google, liczyć prawdziwą trasę, łapać lokalne wydarzenia i na koniec składać gotową stronę dla rodziny – a nie listę „10 atrakcji, które musisz zobaczyć”. Opisuję mu wyjazd jednym akapitem, resztę robi sam.
Tak wygląda efekt jednego polecenia:

Ostatnio puściłem go na tydzień nad zachodnim wybrzeżem: Szczecin, Wolin, Koszalin, autem z Gdańska. I po drodze – zanim oddał stronę – zrobił kilka rzeczy, które najlepiej tłumaczą, czym agent różni się od „szybszego ChatGPT”.
- Agenta nie kupujesz – budujesz go pod siebie. Mój
/podrozplanuje wyjazdy tak, jak ja lubię, bo tak go ustawiłem. Twój robiłby to, czego Ty potrzebujesz. - W środku pracuje armia, nie jeden model. Sześciu wyspecjalizowanych agentów rusza równolegle – każdy bada inny kawałek (region, logistyka, wydarzenia, jedzenie).
- Nie zgaduje – liczy i sprawdza. Trasę poprowadził po realnych drogach, godzinę zachodu słońca wziął z danych (21:29), ceny i godziny potwierdził u źródła.
- Łapie pułapki, które zepsułyby dzień. Wieżę zamkniętą na remont, zagrodę nieczynną w poniedziałek, bilet dwa razy droższy, niż mówiły stare wpisy.
- Rozumie cel, ale decyzję zostawia Tobie. Znalazł konwent mangi dla córki i pokazał, jak odwrócić trasę, by zdążyć – a wielką decyzję podjęliśmy my (to HITL – człowiek w pętli).
- Działa tak dobrze, bo mnie zna. Agent jest częścią brain – systemu, który wie o mojej rodzinie, kalendarzu i projektach i spina inne agenty oraz narzędzia.
- To jest ta nieoczywista wolność. Wakacje to tylko dowód: takiego agenta złożysz pod cokolwiek, co robisz regularnie.
Co właściwie znaczy „zbudowałem sobie agenta”
Nie napisałem aplikacji. Napisałem instrukcję – po polsku, zwykłymi zdaniami – w narzędziu o nazwie Claude Code. Mniej więcej tyle: kiedy planuję wyjazd, nie dawaj mi listy z internetu. Kop tam, gdzie piszą lokalsi. Licz trasę po prawdziwych drogach. Sprawdzaj godziny i ceny u źródła. Na końcu złóż jedną ładną stronę z mapą, którą wyślę rodzinie.
I tyle. Od tej pory mam komendę /podroz, która działa jak mój prywatny architekt podróży. To jest właśnie ta zmiana, której większość ludzi jeszcze nie zauważyła: nie dopasowujesz się do cudzej aplikacji – to agent dopasowuje się do Ciebie.
A pod spodem dzieje się coś, co zwykłemu czatowi nawet się nie śni. Z mojego jednego akapitu narzędzie rozbija robotę na kawałki i puszcza sześciu agentów naraz:
Jeden agent okopał się w Szczecinie, drugi w okolicy Wolina, trzeci w Koszalinie. Czwarty polował na wydarzenia w te konkretne dni. Piąty liczył trasę i czasy przejazdów. Szósty szukał jedzenia i miejsc, których nie ma w pierwszych wynikach. Każdy kopał głęboko – jednocześnie, nie po kolei – a na końcu wszystko zostało spięte w jeden plan. Cztery sceny z tej podróży pokazują, co taki agent naprawdę potrafi.
1. Pracuje armia, nie jeden samotnik
Poproś jeden model, żeby ułożył ci tydzień w trzech różnych miejscach naraz, a dostaniesz uśrednioną papkę – bo musi trzymać w głowie wszystko jednocześnie. Mój agent robi inaczej: dzieli i rozdaje.
To trochę jak różnica między jednym przemęczonym pracownikiem, który ogarnia dziesięć spraw, a małym zespołem, w którym każdy robi to, na czym się zna. Zespół jest szybszy i – co ważniejsze – dokładniejszy, bo nikt nie rozprasza uwagi na dziesięć frontów.
Efekt? Zamiast „Szczecin ma fajną starówkę” dostałem konkrety: który bar serwuje kultowego szczecińskiego pasztecika, gdzie nad Odrą stoją podświetlone wieczorem „Dźwigozaury” i że w pobliskim Przecławiu akurat w nasze dni dzieje się coś, co przewróci cały plan do góry nogami (do tego za chwilę).
2. Nie zgaduje – sięga po prawdziwe dane
To jest moment, w którym agent przestaje być „gadającą papugą”. Zwykły model, zapytany o trasę, wymyśli ci wiarygodnie brzmiące kilometry i czasy. Mój agent ich nie wymyśla – liczy je na prawdziwych danych.
Trasę z Gdańska przez Szczecin i Międzyzdroje aż po Koszalin poprowadził po realnych drogach (te ~850 km na mapie to nie kreski na oko, tylko policzona nawigacja). Godzinę zachodu słońca nad Zalewem Szczecińskim wziął z danych astronomicznych – 21:29, co do minuty – więc wiadomo, kiedy wyjechać na punkt widokowy. Najwyższy klif w Polsce, Gosań, to nie „chyba gdzieś tam wysoko”, tylko sprawdzone 93,4 m.
Czat brzmi pewnie, nawet gdy zmyśla. Agent ma narzędzia, więc zamiast brzmieć pewnie – jest pewny: pyta mapę o trasę, bazę astronomiczną o słońce, oficjalną stronę o cenę. Dlatego jego liczby da się sprawdzić, a nie tylko w nie wierzyć.
3. Łapie pułapki, które zepsułyby dzień
Tu mój agent pokazał coś, czego po „AI do planowania” bym się nie spodziewał: uważność. Nie tylko zebrał atrakcje – sprawdził, czy naprawdę będą czynne i czy kosztują tyle, ile się wydaje.
I powyłapywał rzeczy, na które sam bym wpadł:
- Wieża widokowa na Górze Chełmskiej w Koszalinie – zamknięta na remont. Agent dopisał wprost: nie obiecuj rodzinie panoramy, bo jej nie będzie.
- Zagroda żubrów koło Międzyzdrojów – nieczynna w poniedziałki. Więc przełożył ją na wtorek, a w poniedziałek wstawił gród, który jest otwarty.
- Bilet do grodu Słowian i Wikingów – realnie 27 zł, a nie 14 zł, jak podawały starsze wpisy w sieci. Drobiazg, ale to właśnie z takich drobiazgów składa się różnica między „planem z internetu” a planem, który się nie sypie na miejscu.
Każdą rzecz, której nie dało się potwierdzić na sto procent, oznaczył jako „do sprawdzenia tydzień przed”. To dokładnie to, co robi dobry pomocnik z krwi i kości: mówi, czego nie wie, zamiast udawać, że wie wszystko.
4. Rozumie cel, nie tylko polecenie
A teraz najlepsze. Czwarty agent, ten od wydarzeń, wykrył, że dokładnie w nasze pierwsze dni pod Szczecinem odbywa się Mizukon – zachodniopomorski konwent mangi i anime. A nasza córka jest fanką mangi.
Agent nie zostawił tego jako ciekawostki na marginesie – ale też nie przewrócił planu na własną rękę. Zrobił coś mądrzejszego: pokazał nam wybór. „Jeśli chcecie złapać konwent, trzeba odwrócić całą trasę i zacząć od najdalszego punktu, Szczecina" – i położył na stole konkretny wariant razem z konsekwencjami. Przy okazji policzył, że na tym się wygrywa: trzy noce nad morzem zamiast dwóch i droga do domu krótsza o połowę. Wielką decyzję – przewracamy wyjazd czy nie – podjęliśmy my, przy stole.
I to jest sedno, które najłatwiej przegapić: dobry agent nie wyrywa Ci sterów w ważnych momentach. Robi czarną robotę, proponuje najlepszy wariant, pokazuje plusy i minusy – ale ostatnie słowo zostawia człowiekowi. Fachowo nazywa się to HITL, czyli człowiek w pętli: tempomat prowadzi, ręce zostają na kierownicy. Bo celem nie była „trasa”, tylko żeby wszystkim w rodzinie było dobrze – a co dokładnie to znaczy, wie rodzina, nie maszyna. Tak wygląda dzień, który z tego wyszedł:

Zwróć uwagę na jeszcze jedno: dzień nie jest sztywnym rozkładem jazdy, tylko menu z opcjami. Ścieżki równoległe (córka z jednym rodzicem na konwent, syn z drugim do centrum nauki, wieczorem wspólna kolacja), alternatywy, plan B na deszcz. Agent układa i podpowiada – ale to, co realnie zrobimy na miejscu, wybieramy sami. Ostatnie słowo zostaje po naszej stronie nie tylko przy wielkich zwrotach trasy, ale i w środku zwykłego dnia.
Skąd mój agent wiedział, że córka lubi mangę
I tu dochodzimy do rzeczy, która robi największą różnicę, a najłatwiej ją przeoczyć. Skąd agent w ogóle wiedział, że dla Łucji konwent mangi to wydarzenie roku? Przecież nie napisałem tego w poleceniu.
Wiedział, bo /podroz nie jest samotną komendą. Jest częścią większej całości – systemu, który nazywam brain. To mój drugi mózg: trzyma kontekst o mnie, mojej rodzinie, kalendarzu i projektach, spina kilkadziesiąt wyspecjalizowanych agentów i daje im do ręki te same narzędzia.
Dlatego agent do podróży nie zaczyna od zera. Wie, kto jedzie. Wie, że jedno dziecko rysuje mangę, a drugie woli wodę i centra nauki. Wie, że lubimy „dużo i często”, a wspomnienia cenimy wyżej niż spektakularność. Tego nie da się wklejać do polecenia za każdym razem – to siedzi w systemie, a każdy agent może z tego skorzystać.
I to jest cały sekret: pojedynczy agent jest dobry. Agent, który zna Ciebie i ma pod ręką inne agenty oraz narzędzia, jest nie do podrobienia – bo nikt poza Tobą nie ma tego kontekstu. Im dłużej budujesz taki mózg, tym mądrzejszy staje się każdy agent w środku. Nawet ten od wakacji.
Czat gada. Agent dostarcza.
Jeśli miałbym ścisnąć to do jednej różnicy, jest prosta – i widać ją po tym, co zostaje ci w ręku na koniec:
To nie jest spór o to, która AI jest „mądrzejsza”. Pod spodem często siedzi ten sam model. Różnica jest w tym, że agentowi dałem narzędzia, samodzielność i prawo, żeby sprawdzić – i dzięki temu oddaje skończoną robotę, a nie pierwszą wersję do przepisania. Jeśli chcesz dokładną granicę między czatem, asystentem i agentem, rozrysowaliśmy ją w osobnym wpisie: czym jest asystent AI i czym różni się od agenta.
I tu jest cała pointa: wakacje to tylko dowód
Bo zatrzymaj się na sekundę nad tym, co się właściwie wydarzyło. Nie kupiłem „apki do planowania wyjazdów”. Złożyłem własnego specjalistę – pod swój gust, swoją rodzinę, swój sposób podróżowania. I to jest ta nieoczywista wolność, którą dają agenci, a o której prawie nikt nie mówi: nie jesteś skazany na to, co ktoś zaprogramował. Robisz sobie narzędzie pod siebie.
A skoro da się to zrobić dla wakacji, to wymień w głowie „plan wyjazdu” na cokolwiek, co zjada Ci czas w pracy – i mechanizm zostaje dokładnie ten sam:
- Oferta dla klienta – armia agentów zbiera wymagania, sprawdza ceny i terminy, składa gotowy dokument zamiast wypełniać szablon na ślepo.
- Research konkurencji – każdy agent bierze jednego rywala, dane idą ze źródeł, na końcu masz porównanie, a nie dziesięć otwartych kart.
- Raport na poniedziałek – dane z arkusza, z maila i z systemu, zebrane, sprawdzone i opisane, gdy Ty śpisz.
- Pierwsza linia obsługi – agent czyta zgłoszenie, sięga do bazy wiedzy, przygotowuje odpowiedź, a trudne odsyła do człowieka.
To samo „zbierz z wielu miejsc → sprawdź → złóż w gotowy materiał”, tylko zamiast Szczecina i Koszalina podstawiasz swoje dane i swój cel. I tu jest sedno naszego „Robi Się Samo”: nie chodzi o to, żeby AI napisała Ci ładniejszego maila. Chodzi o to, żeby nudne kawałki roboty zaczęły robić się same – a Ty zostałeś z decyzjami i z rzeczami, których maszyna za Ciebie nie zrobi.
Mojego agenta do podróży – i cały brain wokół niego – zbudowałem w Claude Code, tym samym narzędziu, w którym powstają wszystkie „nudne kawałki, które robią się same”. Tę samą armię agentów ustawisz pod własną robotę, bez umiejętności programowania. Na żywo, krok po kroku, pokazujemy to na bezpłatnym webinarze o Claude Code, a od podstaw przechodzimy przez to w Claude Code Masterclass.
Spróbuj sam – jeden eksperyment na ten tydzień
Nie musisz od razu budować własnych agentów. Zacznij od czegoś prostszego, żeby poczuć różnicę: weź zadanie, które normalnie zżera Ci cały wieczór – plan wyjazdu, research do decyzji zakupowej, porównanie ofert – i opisz je AI tak, jak opisałbyś koledze. Nie pytaniem na jedno zdanie, tylko z celem: po co to robisz, co ma być na końcu, czego nie chcesz.
Im lepiej opiszesz cel, tym mniej dostaniesz „listy z internetu”, a tym więcej – gotowej roboty. A gdy złapiesz się na tym, że chcesz, żeby ta robota działała już sama, bez Ciebie, w kółko – to jest właśnie ten moment, w którym przestajesz używać AI, a zaczynasz budować sobie agenta. I wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa.
FAQ
Czym agent AI różni się od ChatGPT?
ChatGPT (asystent) odpowiada, gdy go pytasz, i zwraca tekst. Agent AI dostaje cel, sam układa kolejne kroki, sięga po narzędzia, sprawdza fakty u źródła i oddaje gotowy wynik – stronę, plik, wykonane zadanie. Asystent pomaga, agent wykonuje.
Czy żeby zbudować własnego agenta AI, trzeba umieć programować?
Coraz mniej. Agenta do planowania podróży z tego wpisu opisałem zwykłymi zdaniami – co ma robić, gdzie szukać, czego unikać – w narzędziu Claude Code, które rozumie język naturalny. To bliżej pisania dobrej instrukcji dla pracownika niż klasycznego kodowania.
Co to znaczy, że agenta „buduję pod siebie”?
Zamiast korzystać z gotowej aplikacji z cudzymi regułami, opisujesz własne: skąd agent ma brać dane, na co uważać, jak ma wyglądać efekt. Mój agent do podróży zawsze kopie głębiej niż „top 10”, liczy realną trasę i składa stronę dla rodziny – bo tak go ustawiłem. Twój robiłby to, czego Ty potrzebujesz.
Skąd agent AI wie, że dane są aktualne?
Dobry agent nie zgaduje godzin otwarcia ani cen – sprawdza je u źródła (oficjalna strona, mapa, baza danych) i oznacza to, czego nie udało się potwierdzić. Mój agent wyłapał m.in. zamkniętą na remont wieżę widokową i atrakcję droższą, niż podawały starsze wpisy w sieci.
Gdzie poza wakacjami przyda się własny agent?
Wszędzie, gdzie zadanie to „zbierz z wielu miejsc, sprawdź i złóż w gotowy materiał”: oferty, raporty, research konkurencji, przygotowanie do spotkania, pierwsza linia obsługi klienta. Ten sam mechanizm co przy planie wakacji – tylko podstawiasz inne dane i inny cel.

